W moim nowym pomocniku w kieszonkach są wykroje różnych tulanek. Jako znana buszownica podglądam Wasze dzieła. No i padła na mnie też "zaraza" króliczkowa. Mnożą się w blogowym świecie jak nie wiem co, to i u mnie mogą też się pomnożyć. Wczoraj ambitnie wzięłam się za szycie, tylko niestety troszkę mi nie wyszło, ale to wszystko z braku doświadczenia w szyciu tulanek. Płótno którego użyłam okazało się sztywne. Po wypchaniu królisia i zeszyciu okazał się niestety twardy jak kamień. Nadawał się tylko do posadzenia na półkę, a nie do tulactwa - bowiem w takim celu był uszyty. Wczoraj jedynie dzieciątko mnie pocieszyło - Nie przejmuj się mamunia następne wyjdą ci ładniejsze. I miał rację. Króliś jak na pierwszy raz wyszedł całkiem nieźle ( gorzej z miękkością). W związku ze zmianą przeznaczenia, mogłam użyć guzików i koralików do wykończenia. A zielonokrateczek prezentuje się tak.
Nie zraziłam się jednak pierwszą śliwką robaczywką i dziś podeszłam do sprawy trochę bardziej "miękko". Przy użyciu flanelkowych skrawków powstał kolorowokrateczek, miękuchny, miluchny i kolorowiuchny ( ale se napisałam). Jest przytulaną z prawdziwego zdarzenie, a jako że przeznaczony jest dla maluszka, to wykończenie musiało być trwale związane z "podstawą" w celu uniknięcia przypadkowego oderwania i połknięcia. A wygląda tak.
Mimo braku sympatii do maszyny, sporo rzeczy ostatnio wyszło spod igiełki. A oto moja trójca.
W porównaniu z Waszymi dziełami to ja dopiero raczkuję, ale trening czyni mistrza. Mam nadzieję niedługo dorobić się całkiem pokaźnego stadka nie tylko królisi. Ale o tym później.
Pozdrawiam cieplutko Aśka.